wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział 5

Czasami, gdy miałam gorsze dni zostawałam na sali do tańca dłużej niż przewidywał mój rozkład zajęć. Siedziałam tam długie godziny. Niektórzy mają alkohol, inni dragi, niektórzy jazz, a ja po prostu tą salę, która pomaga mi się odstresować. Dziś znów miałam nie przyjemną rozmowę z Jasonem, który nie zmienił postępowania w stosunku do mnie i słownictwa w stosunku do Louisa. Postanowiłam o tym nie myśleć, ale z każdą chwilą wydawało mi się to co raz bardziej niemożliwe. I tak jutro będzie to samo i pojutrze też itd... itd...
Starałam się skupić na ćwiczeniach dzięki, którym nie miałam złapać skurczu. Bolało niemiłosiernie. Koszmar. Jednak sama tak chciałam...
Zrobiłam szpagat. Przechyliłam głowę w stronę kolana. Kark zaczynał boleć co raz bardziej. Jeszcze troszeczkę. Tak mało brakuje mi do położenia głowy na kolanie.
- Ach... - w jednej sekundzie wyprostowałam się. Ból był nie do zniesienia. Złączyłam nogi i położyłam zbolałe plecy na twardej, drewnianej podłodze. Oczy zaszkliły mi się od łez, które zbierały się w moich brązowych oczach. Patrzyłam na sufit, nie myśląc o niczym.
Usłyszałam dzwonek telefonu. Ociągając się wstałam i nie śpiesznym krokiem ruszyłam do fortepianu, gdzie leżała moja torba.
We found love in the hopeless place...
We found love in the hoooplees place... 
Rihanna wydzierała się co raz głośniej, a ja nie mogłam znaleźć telefonu. Wiecie - te damskie torebki. Wreszcie znalazłam. Przejechałam palcem po ekranie odbierając połączenie od Lou.
- Jestem przed Julliardem. Nie mogę się doczekać gdy ciebie zobaczę. - w słuchawce odezwał się głos Tomlinsona.
- Byłeś kiedyś w środku? - wpadłam na genialny pomysł.
- Czego?
- No Julliardu.
- Nie, nie byłem - domyśliłam się już jego odpowiedzi. - Schodzisz już?  
- No to ty chodź do mnie!
- Sam, proszę chodź już.
- Louis, proszę chodź już.
- Nie chce mi się z Tobą użerać. - Tommo starał się mnie przekonać. - Ale chodź już tutaj! - byłam nieustępliwa.
- Dobra... - westchnął. - Już idę. A i jeszcze...
- Jej! Nie mogę się doczekać! - pożegnałam się. Nawet nie zauważyłam, że mu przerwałam.
Założę się, że po rozłączeniu się, Lou przewrócił oczami. Zaśmiałam się na tę myśl i sprawdziłam kilka smsów, które dostałam w czasie przesiadywania w sali tanecznej.
Louis nadal nie nadchodził. Wytłumaczyłam to sobie tym, że się zgubił w budynku. No tak, nie wytłumaczyłam mu jak tu dojść.
Stanęłam przed lustrem. Włosy miałam związane w wysokiego kucyka. Ubrana byłam w luźną, krótką bawełnianą bluzę. Do tego jeszcze ubrałam też szare, sięgające do kolan pumpy. Na nogi założone miałam szaro-różowe tenisówki Nike. Tak prezentował się mój strój do ćwiczeń.
Zrobiłam kilka piruetów przed lustrem.
Na korytarzu usłyszałam kroki, więc wyszłam sprawdzić kto to taki o tej godzinie, kiedy nie trwają żadne zajęcia błąka się po uczelni.
Na mojej twarzy pojawił się zwycięski uśmieszek. Korytarzem szedł Lou rozglądając się po ścianach.
- Tutaj! - pomachałam do niego.
Popatrzył się w moją stronę i uśmiechnął się przy tym.
- Byłbym szybciej gdybyś dała mi dokończyć zdanie. - powiedział nie bez wyrzutu.
- No przepraszam - zrobiłam smutne oczka.
- Wybaczam.
Pocałował mnie.
- Chodź! - pociągnęłam go za rękę.
Razem weszliśmy do średniej wielkości sali z trzech stron otoczonej lustrami z przytwierdzonymi do nich drążkami. uśmiechnął się do mnie, a ja spuściłam wzrok.
- Och, Sam.
Zbliżył się jeszcze bardziej.
- Nie bądź dla mnie taka bezwzględna - nie ukrywał rozbawienia. Stanął przede mną.
Uśmiechnęłam się zwycięsko i postąpiłam krok do przodu.
- Co ze mną zrobisz? - Lou najwidoczniej miał dobry humor. Prychnęłam.
Pchnęłam go pod ścianę i podeszłam do bruneta. Podniósł ręce. Przylgnęłam do niego i położyłam paznokcie na jego ramionach.
- A to... - wyszeptałam wprost w jego usta.
Cmoknęłam go w usta. Lou był nie cierpliwy i od razu mocno mnie pocałował. Położył rękę na zgięciu pod kolanem i pociągnął moją nogę do góry. Przejął inicjatywę i schodził pocałunkami w dół po moje szyi. Zsunął nawet rękawek moje bluzki bardziej na ramię by mnie dalej obcałowywać. Wiedziałam do czego dąży, więc trzeba było go tym bardziej powstrzymać. Na początku zsunęłam nogę, aby znalazła się obok drugiej i odsunęłam się od niego. Zdziwiony moją reakcją zmarszczył brwi.
- Nie tu - brzmiała moja odpowiedź.
- Sorki.
- Za co?
- No za to - zrobiło mu się głupio.
- Przepraszać mógłbyś dopiero jakąś zabłąkaną panią sprzątającą lub nauczyciela, który by tu wszedł. -  wytłumaczyłam mu. - Mi się podobało.
Zmrużył oczy i uśmiechnął się.
- Chodźmy już.
- Nie. Nie. I jeszcze raz - zrobiłam pauzę. Dzisiaj nie miałam chęci stąd wychodzić. Chociaż wizja udania się do domu Louisa wydawała się dość kusząca. - Nie. - Czemu? - to pytanie o mało nie zwaliło mnie z nóg. No czemu? Bo tak. Z tego co się zorientowałam Lou nie lubi takich nie oczywistych odpowiedzi.
Myśl, myśl...
- Bo chcę... eee... - jąkałam się. - Z tobą zatańczyć.
Większego głupstwa palnąć nie mogłaś...
- Samantha - powiedział lekko zniecierpliwiony Lou.
- A tak, tak łatwo mi nie uciekniesz - od razu nabrałam odwagi i przekonania do mojego pomysłu.
- A co chcesz zatańczyć? - uniósł brwi. Zmierzając do radia zahaczyłam palcem o jego nos i powiedziałam:
- Coś spokojnego.
Doszłam do radia i włożyłam do niego wcześniej przygotowaną płytę z kilkoma moimi ulubionymi piosenkami różnych wykonawców. Nacisnęłam przycisk i pierwsze dźwięki piosenki rozniosły się po pomieszczeniu. Lou podszedł do mnie i spytał:
- Czy mogę prosić?
- Oczywiście.
Dotknęłam jego otwartej dłoni i dygnęłam przed nim. On ucałował moją dłoń i porwał mnie od razu w swoje objęcia.
Noga do przodu... w bok... oczy Louisa... noga w tył... oczy Louisa... znów w bok i te jego oczy.
Tommo cały czas mierzył mnie swoim przenikliwym spojrzeniem. Czułam się odrobinę nieswojo, ale zarazem było to całkiem miłe uczucie.
- Widzisz jakie to proste? - zagadnęłam.
Zrobił niejednoznaczny uśmiech.
Przytuliłam się mocniej do Lou.
Nie mogłam znieść myśli o jutrze i kolejnych dniach, które miały nadejść. Ciągle chciałam zatrzymywać chwile, które spędzam z Louisem. Nazwałabym to takim oszukiwaniem samej siebie. Przecież i tak to jest nie możliwe. Tworzyłam taki świat jaki chciałabym, aby był, a nie patrzeć oczami otwartymi szeroko i stawić czoło tym wszystkim przeciwnościom prawdziwego, realnego dnia. Było to bez sensu, bo jeszcze mocniej uderzał we mnie ten ból związany z dręczeniem przez Jasona. Nigdy nie byłam osobą, która spokojnie znosi świat takim jakim jest. Zawsze chciałam go zmieniać. Pokazywać jego pozytywne strony innym.
I do czego Cię to doprowadziło?
Zamknij się głosie.   
Zawsze miałam za duże wymagania od ludzi. Myślałam, że naprawdę można im zaufać. Znaczy chodzi o to, że spotkałam na swojej drodze różne osoby. Nie umiejące dochować tajemnicy, zazdrosne, okłamujące, a ja wierzyłam, że są naprawdę cudownymi osobami. A potem kończyło się wielkimi problemami. Te historie zdarzały się głównie w podstawówce. I wtedy dopiero uczyłam się funkcjonować i rozpoznawać takich ludzi, ale niestety coś z tamtych dni mi zostało. Najlepszym przykładem jest właśnie Jason. Świat i życie dla mnie już na zawsze będą zbyt brutalne. Ciekawe czy to się jeszcze zmieni.
Nawet nie sądziłam jak bardzo...
Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Przypominały mi się słowa Johnego Deepa. "Ludzie nie płaczą dlatego, że są słabi, tylko dlatego, że za długo byli silni." Jedyny problem w tym, że ja właśnie za krótko byłam silna. I uważam, że te wszystke rzeczy dzieją się, bo chciałam zrobić z niego nie wiadomo jak dobrego, dlatego, że nie znałam prawdziwych możliwości blondyna. Nie mam nawet prawa płakać. Wmawiałam sobie, że muszę być silna, muszę. A z każdym dniem upadałam co raz bardziej. Uśmiech wracał na moją twarz tylko, gdy rozmawiałam z Lou i An. Ale z Annabel rozmawiałam na każdy temat, a Louisem chciałam odreagować te wszystkie szkolne sprawy. Przez ostatnie dwa tygodnie widzieliśmy się tylko raz. Naprawdę potrzebowałam go częściej. Nastały dla mnie trudne czasy. Jason co raz bardziej pogłębiał swoją intrygę. Powoli zaczynałam tracić siły. Louis był moją ostoją. Zapomnieniem o wszystkich innych rzeczach... Odczuwałam prawdziwe szczęście.
Duże wsparcie otrzymywałam też od Annabel. Poprawiała mi humor po tych nieprzyjemnych rozmowach z Jasonem i jego "świtą".
Dupek...
Och, tak.
Na sali byłam tylko ja i on. Wirowaliśmy razem po parkiecie. Było niesamowite uczucie być tutaj z nim. Wyobraziłam sobie, że jesteśmy na polanie i pomiędzy drzewami rozwieszone są słoiki, w których są tzw. "tea lighty". Jest noc, jest ciemno i te małe promyczki wysyłane przez świeczuszki dają poczucie bezpieczeństwa.
Piosenka powoli cichła. Lou co raz intensywniej wpatrywał się w moje oczy. Teraz potrzebowałam tylko jednej osoby - Louisa.
Znów mnie pocałował. Z tą różnicą, że w ogóle się nie wzbraniałam przed jego uczuciem. Wskoczyłam na jego uda, a on zręcznie mnie przytrzymał.
Nagle ktoś zaczął klaskać. Oskoczyłam od Louisa tak, że upadłam na podłogę. Tommo nawet nie zdążył mnie złapać. Nie potłukłam się przy tym zbytnio, ale mogło się bez tego obyć. Lou pomógł mi wstać i razem popatrzyliśmy na miejsce skąd dochodziło klaskanie.
Annabel. Blondynka stała oparta o framugę drzwi. Nogi miała skrzyżowanie i lekko wygięła przy tym ciało. Co ona robi teraz w szkole?!
- Annabel?
- We własnej osobie.
- Co ty tu robisz?
- Stoję.
- A dokładnie?
- Sprawy prywatne - tak, tak. Ja już znam te twoje sprawy prywatne. - Pięknie razem wyglądacie, gdy tańczycie. A jeszcze piękniej, gdy się całujecie.
Znana, chyba na całym świecie, prostolinijność Annabel.                
- Miło to słyszeć - dodał po chwili milczenia Lou.
Mierzyłam Annabel zabójczym spojrzeniem. Ukatrupiłabym ją na miejscu gdybym tylko mogła.
- Spokojnie Samantho. Będziecie mieć jeszcze wiele okazji. - Annabel zbliżyła się do nas. Stukot jej obcasów rozniósł się po sali.
- Jesteś okropna - uderzyłam ją lekko w ramię. Oddała mi.
- Czy będę świadkiem damskiego reslingu? - Tommo miał przestraszoną minę. Zerknęłam na moją najlepszą przyjaciółkę. Ona też się na mnie popatrzyła. W jednym momencie zaczęłyśmy się śmiać. Tak po prostu, bez powodu dostałyśmy głupawki.
Gdy już trochę się uspokoiłyśmy zaproponowałam:
- Wyskoczmy gdzieś.
Annabel od razu zgodziła się na moją propozycję, ale Lou posłał mi tylko niezadowolone spojrzenie.
- Zaczekajcie sekundkę. Pójdę się przebrać.
- Mogę ci pomóc - zaoferował Tomlinson.
- Chyba poradzę sobie sama - poczułam jak rumieńce wstępują na moje policzki.  
- Am - dawno do mnie tak nie mówiła. Miło to znowu usłyszeć. - On cię tak ładnie prosi.
Wywróciłam oczami i już bez zbędnych rozmów ruszyłam sama do szatni. Tam szybko nałożyłam normalny strój i po jakiś 10 minutach wyszłam do An i Louisa.
Ufałam blondynce, że nie okręci sobie Louisa wokół palca w czasie tych kilku minut. Wyszłam zza rogu. Na ławce siedzieli Annabel i Louis pogrążeni w bardzo interesującej rozmowie.
- Ty, ty, ty - pogroziłam palcem blondynce równocześnie siadając na kolanach szatyna. - Nie zabieraj mi chłopaka.
- Spokojnie. Nie daje się - puściła do mnie oczko i dodała: - Na razie.
- Widzę, że dzisiaj elegancki strój. - wow, Louis jakiś ty spostrzegawczy.
- Czasami mam ochotę ubrać się odrobinę ładniej gdy przychodzisz - potarłam moim nosem o jego. - O czym gadaliście?
- O meczach koszykówki. - odpowiedziała Annabel. Czym ty się kobieto nie interesujesz?
Wzięłam Lou za rękę i wyszliśmy razem, we trójkę, z budynku.
- To gdzie idziemy?
- To może do White Rusberry*?
- A co to?
Tommo nie był wtajemniczony.
- "White Rusberry" to kameralna kafejka, gdzie podają bardzo smaczne shaki owocowe i pyszne ciasta. Znajduje się w mniejszej ulicy odchodzącej od Broadway, tu niedaleko. Nie ma tam tyle ludzi co np. w Starbucks czy Coffe Heaven. - wyjaśniłam Lou. Pokiwał głową.
- Kim chciałabyś zostać w przyszłości? - pytanie Louisa było skierowane do Annabel.
- Hmmm... Trudne pytanie panie Tomlinson. Raczej reżyserką. Według mnie brakuje reżyserek, ale z drugiej strony wymyślanie scenariuszy i praca z aktorami były by rzeczami, którymi chciałabym się zajmować w życiu.
Od razu podchwyciłam temat.
- My to sobie tak wymyśliłyśmy, że ona będzie dawała mi pracę, a ja będę ją promować na różnego rodzaju balach i imprezach.
Louis przewrócił oczami i zaśmiał się. Nasz plan był naprawdę genialny!
Po kilku chwilach siedzieliśmy już w "White Raspberry". Trzymaliśmy w rękach menu. Pomagałam Lou wybrać odpowiedni deser, bo on nie znał się na "tutejszych przysmakach".
- Może to? - wzkazał w menu deser nazywający się Mint Lovers.
- Nie sądzę. Myślę, że bardziej by ci smakował. A Dark Paradise?
- Niestety jestem uczulony na orzechy.
- Sorki, zapomniałam.
- A co mi powiesz o tym? - wzkazał kolejny deser.
Po długich obradach koniec końcem wybraliśmy to samo: Coco Mango i podwójne latte.
- Jak się poznałyście? - po tym jak już otrzymaliśmy zamówienia spytał Louis.
- Hah - skomentowała An. - Kope lat! Pamiętasz to jeszcze?
Uderzyła mnie w ramię.
- Boże... czekaj, czekaj... - zastanawiałam się. - Tak, pamiętam! Jakieś niecałe cztery lata temu.
- Ja pamiętam jakby to było wczoraj!
- No więc...? - Lou przypomniał nam o swojej obecności
- Dawno, dawno temu, za górami, za lasami i za...
- Nie przedłużaj - zgromiłam blondynkę.
- Okey, okey. No więc w pewnym znanym mieście, nazywającym się New York, spotkały się dwie dziewczyny około lat 18. Różniło ich wszystko, począwszy od koloru włosów...
- Annabel, serio?
- No, ale ja chciałam nadać tej opowieści innego wymiaru.
Wymieniłam z Lou porozumiewawcze spojrzenia.
- Na dobra - przewróciła oczami. - Zbliżało się południe. Stałam na chodniku czekając na to jak mężczyźni z firmy przeprowadzkowej wniosą wszystkie moje rzeczy i meble z mojego domu z San Francisco. 
- To nie jesteś stąd?
- Myślałam, że Am coś ci o mnie opowiadała, a tu ty nic nie wiesz! - obruszyła się An. 
- To mieszkałaś już wcześniej w San Francisco?
- Tak. - Annabel przytaknęła. - Pochodzę z tamtąd. Rodzice prowadzą tam dość dobrze prosperującą restaurację w centrum miasta. Do NYC przyjechałam na studia i zamieszkałam tutaj już na stałe. Na razie nie planuję powrotu w rodzinne strony. 
Wcale ci się nie dziwię. 
- Kontynuuj tamtą opowieść. Okey? - zwróciłam rozmowę na właściwe tory. 
Annabel jest taka, że w czasie jednej opowieści może poruszyć 10 wątków w ogóle nie związanych z tematem. 
- Właśnie, stałam na tym chodniku. Ci faceci na początku wypakowywali wszystko na chodnik, bo stali na złym miejscu parkingowym, czy jakoś tak, ale w każdym bądź razie zajęli przez te rzeczy pół chodnika. I w tym czasie po tej samej ulicy i po tym samym chodniku biegła pewna brunetka. Jak się potem okazało spieszyła się na stację metra. Ona biegła pisząc coś na telefonie, faceci właśnie wypakowali i zaczęli zamykać klapę samochodu, aby mogli już wyjechać. Nie zauważyli dziewczyny. Ja jeszcze zdążyłam krzyknąć "Uwaga", ale to i tak nic nie pomogło. Potknęła się o te paczki i wyrżnęła o chodnik. Telefon nadawał się do wyrzucenia, a broda była cała we krwi.
Louis mocniej przytulił mnie do siebie na znak współczucia. 
- I co dalej? 
- Dalej to zadzwoniłam po karetkę, która przyjechała po kilku chwilach. Zabrano ją do szpitala. Potem odwiedziłam ją w tym szpitalu i tam rozmawiałyśmy o naszej przyszłej szkole, czyli o Julliardzie i innych takich.
Tommo pocałował mnie we włosy. Uśmiechnęłam się do niego. 
- Wy do siebie tak niemiłosiernie dobrze pasujecie - "niemiłosiernie dobrze" - jedno z wielu dziwnych określeń Annabel. - Czy w Doncaster dobierają facetów na miarę? 
Zaśmialiśmy się kolejny raz i zrobiliśmy sobie selfie i'Phonem Annabel.
- Ostatnio Liam się o ciebie pytał. - kocham cię Liam. Tak trzymaj! - Odpowiedziałem, że ostatnio się nie widzieliśmy. 
- A co u niego nowego? Naprawił już swoje samochody? - Annabel nie była najwyraźniej zachwycona tym tematem.
- On raczej nie. Robi to za niego wiele niższych rangą osób.
- Acha... Dziękuję, że mnie powiadomiłeś. Pozdrów go ode mnie.  - Przyjemność po mojej stronie. Niedługo przyjeżdża do NY. Może się spotkacie?
An wykrzywiła usta.
- Pewnie będzie miał wiele innych spraw - postawiła nacisk na "innych".
- Ja myślę, że na ciebie zawsze będzie miał czas. - Zemściłam się za jej dzisiejsze dogadywania.
- Ależ oczywiście... - wkurzona zacisnęła usta wokół rurki od shake.

***
Jeśli masz dobrych przyjaciół, 
bez względu na to jak życie bywa do dupy, 
oni sprawiają, że się śmiejesz.

***
*White Ruspberry - wymysł autorki. Jak widzicie to jest fanfiction do kwadratu. ;D 

***

Hej, hej, hej!
Dzisiaj taki rozdzialik dość, jakby to powiedzieć, integracyjny. Znowu Annabel. Na pewno tym rozdziałem jej do Was nie przekonałam, ale już niedługo wszystko stanie się jasne!

Wiem, że rozdział krótki, ale z komentarzami pod poprzednim się nie popisaliście. :/ Przypominam moim koleżankom, że z anonima też można (trzeba) komentować.  :)) Ale i tak dziękuję za miłe komentarze pod poprzednimi postami. :) I ta piątka obserwatorów - niebo. Dziękuję pięknie! :*  

Przypominam o możliwości bycia informowanym na Twitterze o nowych rozdziałach. W zakładce o tytule "Informowani" możecie się zapisywać:
1. Podając swoje usery
2. Pisać: "chcę być informowana/informany"   
Mój Twitter: @T_Samantha_T

Do napisania :*

4 komentarze = 6 rozdział (19.08.2014, jeśli spełnicie wymóg)

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Rozdział 4

Po prawie dwóch tygodniach od spotkania w restauracji zaczął się mój przed ostatni rok na Julliardzie.
Początek roku był, jak zawsze, bardzo podniosły. Gala rozpoczynała się wystąpieniem byłych uczniów, najlepszych aktorów szkoły w poprzednim roku. Młodzi aktorzy sami przygotowywali spektakl. Była to historia dziewczyny, która przez rzadką chorobę, na którą cierpiała była odtrącana przez rówieśników. Jej pasją był taniec. Realizowała się w tym i na uczelni była ulubienicą nauczycieli przez co jeszcze bardziej dziewczyna była nienawidzona. Skrycie podkochiwała się w gwieźdie szkolnej drużyny koszykarskiej, ale on nie był nią wcale zainteresowany. Gdy odbywał się pokaz dyplomowy wypadła najlepiej i nie dało się poznać, że jest chora. Niestety wtedy przez stres i wrogość "koleżanek" trafiła do szpitala, a kilka godzin później zmarła. Odkryto, że cierpiała na ciężką depresję i okaleczała się. Dodam, że przestawienie odbywało się bez słów. Aktorzy dostali wielkie brawa.
Potem tradycyjnie, zabrała głos pani dyrektor. Po powitaniu nas i nie za długiej samochwałki, przedstawiła nowych uczniów. Następnie piosenkę napisaną przez siebie i swój zespół "Say Nothing" zaśpiewała moja koleżanka z klasy śpiewu Cailin McSteps. Melodia wraz ze spokojnym głosem czarnowłosej rozniosła się po ogromnej sali. Po piosence na scene wyszedł dawny uczeń Julliard (uczeń). Gratulował nam tego, że znaleźliśmy się w tej szkole, życzył wielu sukcesów i opowiedział dwie anegdotki z jego życia związane z tą szkołą. Przy nich cała widownia pękała ze śmiechu. Potem w kilku osobowych grupach poszliśmy przywitać się z nauczycielami i nauczycielkami.
Po zakończeniu wyszłam ze szkoły w towarzystwie Vic, Annabel i Drew. Skierowałyśmy się do domu Annabel, gdzie miałyśmy plan urządzić parapetówkę. Już wcześniej zaprosiłyśmy wszystkie osoby i wystarczyło jeszcze dostroić mieszkanie. Gdy szłyśmy w obranym kierunku zadzwoniłam do Lou, który obecnie był w Waszyngtonie załatwiając jakieś sprawy.
- Cześć Skarbie! - powitał mnie brunet.  - Jak tam?
- Właśnie wracamy z rozpoczęcia roku. Będziemy robić małą imprezkę. Może wpadniesz? - dodałam.
- Niestety nie, bo mam kilka ważnych spotkań tutaj - powiedział z małym, prawie niedosłyszalnym rozczarowaniem w głosie. Pokiwałam głową, czego on nie mógł zobaczyć.
- Rozumiem.
- No to udanej zabawy i do zobaczenia w czwartek. Pasuje Ci?
- Sądzę, że tak. Pierwszy tydzień szkoły jest zawsze spokojny.
- Ok, muszę kończyć. Kocham Cię.
- Ja ciebie też - powiedziałam na pożegnanie i rozłączyłam się. Schowałam telefon do torebki i zaczęłam rozmawiać z dziewczynami.
- Twój Romeo dzwonił? - zagadnęła, zawsze skłonna do żartów, Drew.
- Nie Romeo tylko Louis - poprawiła ją Annabel.
- Dobry masz słuch Drew -  pochwaliłam rudowłosą.
*** 
Właśnie skończyły się zajęcia. Szłam korytarzem do mojej szafki by wziąść z niej iPada, którego rano tam zostawiłam. Dzisiaj miałam spotkać się z Lou przy Moście Brooklyńskim.
Przekręciłam pokrętło przymocowane do szafki i otworzyłam drzwiczki. Wyjęłam beżowe etui w którym był iPad i schowałam go do torby.
Nagle ktoś niespodziewanie zatrzasnął drzwi mojej szafki. Podskoczyłam przestraszona. Sprawcą tego zamieszania był Jason.
A kto inny...?
- Cześć Kotku - oparł się o szafkę i założył kosmyk moich włosów za moje ucho.
- Nie dotykaj mnie - wysyczałam przez zęby i odsunęłam się od niego. - To coś ważnego, bo nie mam ochoty i czasu z tobą gadać.
- Kiedyś to lubiłaś... Może wyskoczymy gdzieś na miasto?
- Nie. mam. czasu. - w Wycedziłam i odeszłam od niego.
Niestety szybko doszedł do mnie.
- Samantho, ty nic nie rozumiesz.
- Ty jeszcze więcej - popatrzyłam w jego znienawidzone przeze mnie zielone oczy.
- Samantho - niebezpiecznie przybliżył swoje wargi do mojego ucha i wyszeptał. - Ty nadal coś do mnie czujesz, a nie do tego skurwiela Louisa. Ja to wiem.
- Zamknij się - posłałam mu pełne nienawiści spojrzenie i dodałam: - Do widzenia.
Zostawiłam go na środku korytarza śmiejącego się jak wariata i wybiegłam z budynku. Skierowałam się w stronę stacji metra, z której mogłam dojechać w pobliżu mostu.
Pogoda dziś była naprawdę cudowna. Słońce świeciło cały czas, chociaż zabłąkane chmurki czasami zasłaniały życiodajną gwiazdę. Zeszłam do stacji. Wszędzie kłębiły się masy ludzi.
Zerknęłam jeszcze na zegarek upewniając się, że zostało mi jeszcze 3 minuty czekania. Miejsce spotkania było jak dla mnie beznadziejne, bo musiałam przyjechać Manhattan w poprzek. Powiedziałam Lou, że wolałabym, abyśmy się spotkali w Central Parku. On jednak nie wziął do siebie moich próśb. Weszłam do metra złapałam się poręczy i szybko napisałam do Lou sms, że już jadę. Nie musiałam kasować biletu, który był w telefonie. Miałam naprawdę dużo czasu do wykorzystania, który poświęciłam na rozmyślania o Jasonie.
Czasami mi się zdaje, że za dużo myślę. Tak, tu mogę mieć rację. 
Wracając do Jasona byłam pewna, że chce mnie odzyskać. Przecież nie mówił by do mnie takich  prowokujących tekstów. Nie wiem do czego jest zdolny i nie chciałam się dowiadywać. Przerażała mnie myśl, że wie o mnie i Lou. Przecież nikt oprócz Drew, Annabel i Vic, a i od wczoraj Courtney nie wie o moim chłopaku.
Skąd on to do jasnej cholery wie?
Jason jest taki, że wykorzysta wszystkie dowody jakie ma i dostępne możliwości, aby się zemścić na tobie. Tego się obawiałam. Nie chodzi tylko o mnie, ale i o Louisa. Jason słynie z upokorzenia innych na oczach wielu osób. Jest przy tym okropnie przebiegły, podstępny i oczywiście mściwy.
Boję się go...  
Starałam się nie dopuszczać tych myśli do siebie, ale było trudno. Strach może dopaść cię z nienacka, w każdym miejscu: na ulicy, w domu. Nie da się przed nim uciec, trzeba odeprzeć jego atak. Każdego dnia jesteśmy wystawiani na taką próbę. Chociaż najczęściej udaje nam się odepchnąć strach, to wielu z nas ulega mu. Wchodzi wtedy do naszego ciała i rozpoczyna morderczą wędrówkę.  Strach powoli wynieszcza cię od środka, nie pozostawiając żadnych pustych miejsc. Krąży po twoim ciele starając się pochłonąć wszystko co pozytywne. Stajesz się słaby. Ja wiem, że muszę być silna.
Łatwo powiedzieć, trudno zrobić...
Ten głos w głowie zawsze był i jest naprawdę irytujący. Staram się go słuchać, ale zawsze coś mi ucieka i robię właśnie to czego nie powinna. Podświadomość mówi dobrze, a ja uparta jej nie słucham. Nawet nie sądziłam, że tyle mnie to będzie kosztować.
No cóż...
Eh... Odliczałam stacje metra, które pozostawały mi jeszcze do przebycia. 7, 6, 5, 4... itd. To prawda, że metro jest naprawdę sprawne, ale czasami mi się wydaje, że powinno być jeszcze sprawniejsze. W wagonie tłoczyło się powyżej setki osób - nowojorski standard. Co chwilę ktoś popychał mnie, bo chciał jak najszybciej dostać się do drzwi, aby wyjść na przystanek. Dopiero na przedostatnim przystanku wagon się trochę zwolnił.
Ostatni przystanek...
Już tylko minuty dzieliły mnie od wyjścia na powierzchnie ziemi. Metro zatrzymało się z piskiem, tego czegoś na czym się porusza, drzwi się rozsunęły i pomimo trudności udało mi się wydostać z metra.  Nie wiem czy ludzie wiedzą, że najpierw wychodzą osoby, a potem wchodzą?
Poszłam w stronę schodów na których (żadna nowość) leżał zapity menel. Policjanci stojący nad nim, starali się go jakoś obudzić, ale na razie ich sposoby nie przynosiły rezultatów. Obeszłam ich szerokim łukiem i wyszłam (też na pełen ludzi) chodnik. W oddali było widać monumentalną budowlę mostu stojącego tam od prawie dwustu lat. Skierowałam się w tamtą stronę. Spacerek był bardzo przyjemny, bo pomimo tego, że słońce nieźle dawało popalić (jaki suchar), wiał przyjemny wiaterek rozwiewający moje włosy. 
Gdy zbliżyłam się do mostu, który zawsze mnie przerażał swoją wielkością, zaczęłam wypatrywać Lou. Nigdzie go nie było. Byłam co raz bliżej kładki na której miał czekać Tommo.
Tam jest!
Stał plecami do chodnika wpatrując się w statki leniwie płynące po East River. Zbliżyłam się do niego starając się, aby mnie nie zauważył.
Tylko kilka małych kroczków dzieliło mnie od niego, gdy niespodziewanie odwrócił się w moją stronę.
Uśmiechnęłam się speszona.
- Cześć Kotku.
- Cześć Lou. - powitałam go.
- Ja się masz?
Super! Mój były mnie śledzi, nie wiem skąd on wie, że z tobą chodzę i nazywa cię skurwielem. A, i jeszcze namawia mnie abym do niego wróciła. Po prostu jest genialnie!
- Dobrze.
Widać było, że mi nie wierzy, bo spoglądał wprost w moje oczy tym swoim hipnotyzującym wzrokiem. Starałam się być spokojna, ale w środku po prostu we mnie buzowało. Wszystkie obrazki z dzisiejszego dnia wróciły przed moje oczy: Jason, ta rozmowa i ten diabelski śmiech.
Wciągnęłam powietrze.
Louis zrozumiał mnie bez słów i mocno przytulił. Zatonęłam w jego ramionach. Czułam się taka mała i krucha, łatwa do zniszczenia, ale on mógł mnie przed tym wszystkim osłonić. Pomóc mi, uratować. Ufałam mu jak nikomu innemu. Jak to się nazywa w praktyce? Miłość.
Niewidoczna, ale jak ciesząca, z jednej strony taka krucha, a jednak taka silna. Łącząca przeciwieństwa i co najważniejsze dająca prawdziwe szczęście.
- Spokojnie, jestem tutaj. Jesteśmy razem. - jego szept uspokajał mnie. Chciałam, aby ta chwila trwała wiecznie, nigdy się nie skończyła. - Nie okłamuj mnie, proszę.
Kłamstwo - dla mnie coś pokazujące prawdziwą naturę człowieka. Zawsze uważałam, że jeśli ktoś mnie okłamie nie ma szans na moją przyjaźń.
Mnie się nie okłamuje.
Taką zasadę wyznawałam. Nie dopuszczałam kłamstw. Wiem, że czasami ja też kłamię, ale jeśli coś mi nie pasuje to przynajmniej czasami staram się to pokazać.
Tobie to można, ale innym to nie...
Tu moja podświadomość miała rację.
- Muszę wiedzieć, czy nikt ci nic nie zrobił - znów usłyszałam zatroskany głos Lou.
- Jest ok - odsunęłam się od niego. - Naprawdę.
- Nie wierzę ci - nie lubiłam tych słów, nawet bardzo, a tym bardziej z ust mojego chłopaka.
- Lou... - uciszył mnie pocałunkiem, ktory wyrażał wszystkie jego i moje uczucia. Cały czas bałam się, że jutro go już na zawsze nie będzie. Gdzieś w środku czułam strach, że go stracę. 
- Nie myśl tyle... - jak to łatwo powiedzieć, a trudniej zrobić. Rada Lou była bardzo dobra. - Przynajmniej teraz.
Posłuchałam go. Na kilka sekund w czasie, których trwał pocałunek wyłączyłam umysł. Dałam się ponieść emocjom. Gdy już oderwaliśmy się od siebie nasze oddechy były ciężkie i nierówne.
- Jesteś niesamowita - wychrypiał do mojego ucha. Lekko zmieszałam się na te słowa.
- Może wreszcie przejdziemy na drugą stronę? - spytałam. Louis objął mnie w talii i ruszyliśmy w stronę Brooklynu. Słowo Brooklyn ostatnio kojarzy mi się tylko z piosenką Lany del Rey "Brooklyn Baby" z jej nowego albumu "Ultraviolance".
- Jak ci minął tydzień?
- Nie najgorzej.
- Czyli? - zachęciłam go do mówienia.
- W Waszyngtonie było całkiem spokojnie. Byłem w Doncaster. - mówił, ale nie tak dokładnie jakbym chciała.
- W Docaster? - rozpromieniłam się na dźwięk miasta w którym przeżywałam najlepsze dni mojego życia. Przecież tam spotkałam Lou, żyłam w zgodzie z całą rodziną i nie znałam Jasona. - I czego się dowiedziałeś?
- Nic nowego - odpowiedział wymijająco i wzruszył ramionami. Kiedyś wydawało mi się, że Lou był bardziej skory do żartów. Patrząc na niego pod kątem tych lat spędzonych w Doncaster stał się bardziej tajemniczy i powściągliwy w okazywaniu emocji i uczuć, co zmieniał tylko w kontakcie ze mną i z Liamem. Może to przez pracę?
- Czyli?
I wtedy pokazał mi się ten prawdziwy Louis - żartowniś. Wiem, wiem fajne określenie. Żartował, śmiał się szczerze i nie szczędził sarkastycznych komentarzy w jego stylu. W czasie rozmowy przeszliśmy przez most i usiedliśmy na tych sławnych pasach zieleni przy moście. Ludzi nie było tak wiele, ale kilka metrów od nas siedziały osoby ubrane i wyglądające jak hipisi i na pewno palący coś co palili "dzieci kwiaty". Przed nami trójka starszych ludzi medytowała na matach, a za nami miejsce znaleźli dwaj faceci (nie muszę tłumaczyć o co chodzi). To wymieszanie kulturowe Nowego Yorku było wręcz namacalne. Tak naprawdę tu nie obowiązywały żadne zasady. Był to inny świat, żadne miasto na świecie nie jest tak przyciągające, a zarazem odpychające jak NYC. Poeci XIXw. zastanawiali się czy nowojorczyk to Amerykanin albo Niemiec, a może raczej Holender.
Położyłam głowę na ramieniu Lou.
- Co ja bym bez ciebie zrobiła? - zapytałam. On zaśmiał się i objął mnie ręką w talii.
- Uważam, że jeśli poradziłaś sobie przez te trzy lata...
- Nie, bo cztery - poprawiłam go.
- ...przez te cztery, lata to pewnie byś sobie dała radę. - pocałował mnie w policzek. Uśmiechnęłam się.
- Dlaczego pracujesz w tak młodym wieku? - zadałam kolejne pytanie.
Louis zachmurzył się.
- Poszedłem normalnie na studia. Jako student szukałem pracy i ogłosiłem to w internecie. Pewnego dnia przyszedł do mnie meil informujący, abym stawił się w danym miejscu. Gdy przyszedłem tam oni wiedzieli o mnie więcej niż ja sam. Nie było szans im odmówić.
Pokiwałam głową zamyślona. Było to naprawdę interesujące.
- A kim ty dokładnie jesteś?
Louis widocznie nie był zadowolony rozmową o pracy jakby zwlekał z odpowiedzią, zastanawiając się nad nią.  
- Działam w branży biznesowej.
Zapadła niezręczna cisza. 
- Nie wiem czy wiesz, ale cię kocham - nagle wyszeptałam te czułe słowa do jego ucha. Od razu Louisowi poprawił się humor i powiedział:    
- Miło to słyszeć.
Och... To było takie słodkie. 
***
Resztę wieczoru spędziliśmy na powrót do mojego domu.
Louis chciał, abym spała u niego, ale musiałam wracać na noc do domu, bo wracał tata i nie chciałam żeby się martwił o mnie. Żałowałam, że nie mogę spać u niego, bo i tak żadko się widzimy. Najbardziej zdziwił mnie szept Louisa, gdy wspominałam o tym, że tata przyjeżdża.
- A przecież... - wyszeptał sam do siebie, ale nie z oburzeniem, ale jakby sobie o czymś przypominał. 
Louis na pociechę postanowił odprowadzić mnie do domu, który jest oddalony od nas (jesteśmy na Time Square) o jakieś pięć kilometrów. Uzgodniliśmy więc, że po przejściu przez Time Square pojedziemy taksówką. Louis poprawił mi humor jak nikt inny. Na tle tego sławnego wieżowca obłożonego reklamami zrobiliśmy sobie selfie moim telefonem. Zdjęcie wyszło prze cudne. Louis całuje mnie w policzek, a ja uśmiecham się do aparatu. Fotka od razu wylądowała na tapecie mojego samsunga. Lou poprosił mnie bym nie wrzucała tego zdjęcia na serwisy społecznościowe. Zdziwiła mnie jego prośbą, ale zrobiłam tak jak prosił.
- Wiesz... - zaczął. - To miejsce zawsze napawało mnie czymś podobnym do optymizmu. Te wszystkie migoczące reklamy, śmiejący się ludzie. Jest to takie niezwykłe!
- Nom - nie chciało mi się konstruować bardziej rozbudowanej wypowiedzi, bo podziwiałam to według Louisa "pozytywne miejsce".
Kierowaliśmy się na Broadway, aby z tamtąd dojechać do mojego domu, a raczej kamienicy w stylu iście nowojorskim: trzypiętrowa, zbudowana z cegły, z czarnymi framugami okien i z przejściami antypożarowymi. A jedno piętro całe moje i moich rodziców!
Po wyjściu z tego "skwerka" (moje zdrobnienie od Time Square), Louis zagwizdał na taksówkę.
Kilka minut później kierowca samochodu przepychał się przez zakorkowane ulice Manhattanu. Po minięciu Central Parku kierowca zatrzymał się, Louis zapłacił i razem wysiedliśmy z auta.
- Możesz już wracać. - zaproponowałam Louisowi siedząc jeszcze w taksówce. - Sama już dojdę.
- Niestety nie odmówię sobie tej przyjemności odprowadzenia mojej dziewczyny pod drzwi jej mieszkania.
Westchnęłam.
Ruszyliśmy do domu w milczeniu.
- Całkiem miła okolica. - faktycznie. Na ulicy świeciły się wszystkie lampy, trawnik przy drodze był równo przycięty - co nie zdarzało się w wielu miejscach. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy i doszliśmy do kamienicy, w której znajdowało się moje mieszkanie, wbiegliśmy po trzech schodkach i zadzwoniłam w dzwonek, gdy usłyszałam buczenie pchnęłam drzwi i weszliśmy klatką schodową na drugie piętro. Stanęliśmy przed drzwiami mieszkania i znowu nacisnęłam dzwonek
- Jedno wiem na pewno, kocham cię jak wariat. - zachichotałam na te słowa. Lou zrobił krok w moją stronę. Przejechał palcem po mojej szyi wywołując przyjemne dreszcze na mojej skórze i delikatnie musnął swoimi wargami moje. Oblizałam wargi i pocałowałam go jeszcze raz, ale o wiele mocniej. 
Z transu spowodowanego pocałunkiem wydobył mnie dźwięk otwieranych zamków w drzwiach. Odskoczyliśmy od siebie jak poparzeni, gdy drzwi finalnie się otworzyły.
Stał w nich tata.
Cholera...
- Cześć tatuś. - podeszłam do taty i objęłam go na powitanie jak gdyby nigdy nic. - Nie wiem czy pamiętasz Louisa z Doncaster? Spotkaliśmy się ostatnio.
Tata mierzył Louisa nie za bardzo zachęcającym wzrokiem.
- Dobry wieczór. - Lou zachowywał się też tak jakby zapomniał o wydarzeniu z przed chwili. - Właśnie miałem iść.
Wzkazał korytarz za sobą.
- Oczywiście. - odrzekł chłodno tata.
- Louis! - w korytarzu za tatą pojawiła się mama. Tommo posłał mi zmieszane spojrzenie. - Wejdziesz do środka?
- Louis właśnie wychodził. - powiadomił mamę jej mąż nie patrząc w jej stronę, ale wypalając swoim wzrokiem jakieś ślady na twarzy bruneta.
- Właśnie. - poparł tatę Louis. - Życzę państwu udanego wieczoru. Do widzenia. Pa, Sam.
Podszedł do mnie i dał mi całusa w policzek.
- Pa, Lou. - odpowiedziałam nieśmiało i weszłam do domu. Tata zamknął drzwi.                               
Chora sytuacja...
- Od jak długa się spotykacie? - zapytał tata.
- Od miesiąca.
Tata pokiwał głową.
- Rozumiem.  
Nie, ty nic nie rozumiesz. Jak zawsze...
***
Nieważne co jeszcze przyniesie mi los.
Jedyna rzecz, jaka w życiu liczy się naprawdę,
to wypełnione uczuciem serce.
***
Hej Kochani!                                      
Przepraszam, że prawie przez trzy tygodnie nic nie dodawałam. Byłam na wakacjach za granicą, gdzie nie miałam wi-fi. (Też się zastanawiam jak przetrwałam.)
Dziękuję, że czekaliście!  
Uważam, że jest to jeden z najsłabszych rozdziałów jakie napisałam, ale musiał pojawić się wreszcie Jason i tata Sam.  
Mój Twitter: @T_Samantha_T
Do napisania :-*

poniedziałek, 14 lipca 2014

Liebster Award

Nominacje do Liebster Award otrzymuje się od innego blogera za "dobrze wykonaną pracę ". Przyznaje się ją blogom o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje ona możliwość rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób ( informujesz ich o tym ) oraz zadajesz 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował. 

Nominacja od:

 Cathrine Styles z http://infatuated-fanfiction.blogspot.com/

Pytania:


1. Imię?
A miałam na razie nie ujawniać, ale jak mus to mus... Olga :)

2. Idol/Idolka?
Oczywiście One Direction, a oprócz nich Lana del Rey, Rihanna i Pharell Williams. :)

3. Ulubiony kolor?
Fiolet i beż.

4. Twoja największa wpadka?
Osz ty... Podobno jak byłam mała to, gdy śpiewano w kościele jakąś pieśń to zaczęłam tańczyć na środku kościoła.

5. Imiona przyjaciółek/przyjaciół?
Andżelika, Ola, Zosia, Ola, Weronika i Dominika :D

6. Zakochany/zakochana?
Oprócz Louisa? To nie.

7. Gdzie spędzasz wakacje?
U babci, za niedługo jadę na dwa dni do Prowansji i na dwa tygodnie do Barcelony.

8. Masz rodzeństwo?
Nie miałam. Nie mam. I mam nadzieję, że nie będę mieć. :D

9. Jaką osoba jesteś?
Długo by mówić... Na pewno jestem niepoprawną marzycielką, zawsze dążącą do celu i... sama nie wiem. Trudno mnie zdefiniować.

10. Lubisz ciastka?
Uwielbiam. Grzeszna przyjemność. :D

11. Najlepsze, czytane przez Ciebie fanfiction?
Tłumaczeniem najlepszym jest trylogia Cold, a ff to chyba Look After You i Uncivil.

Dziękuję za nominacje Skarbie! :**

Moje pytania:

1. Imię?
2. Należysz do jakiegoś fandomu?
3. Grzeszna przyjemność?
4. Co cię irytuje?
5. Piosenka określająca Twój nastrój.
6. Do jakiego miasta najchętniej byś pojechała?
7. Ulubione zdjęcie Towjego idola/idolki.
8. Największe marzenie?
9. Piękne wspomnienie.
10. Ulubiona reklama?
11. Najlepsze fanfiction jakie czytałaś?

Nominowane blogi:

4. 
5.
6.
7.
8.
9.
10.

Nie długo dodam kolejne blogi :)

Dziękuję jeszcze raz! :*

środa, 9 lipca 2014

Zwiastun

Witam!
Wiem, że tu powinien ukazać się nowy rozdział, ale mam dla Was (proszę o fanfary)
...ZWIASTUN! 
Muszę się pochwalić, że robiony własnoręcznie przeze mnie. Jestem z niego bardzo zadowolona! Mam nadzieję, że Wam się też spodoba :*
 Do napisania :*
 PS. Rozkminiam blogger'a i dodałam już zakładki, do tego też zrobionego przeze mnie, szablonu. :)








piątek, 4 lipca 2014

Rozdział 3

Czemu tu tak jasno?
Gdzie ja jestem?
Najczęściej zaczynałam dzień od tych dwóch pytań. Zawsze po przebudzeniu zadawałam je sobie, jakbym nie chciała skontaktować się z rzeczywistością tylko pozostać w Krainie Snów.  
Dzisiejsze przebudzenie miałam niezwykle miłe... 
Czemu tu tak jasno?
Ok, jedno pytanie za mną. Pierwsze promienie słoneczne zaczęły się przedzierać przez ciężką pokrywę moich powiek. Nie mogąc już opanować tego niechcianego zgromadzenia lekko otworzyłam oczy, ale szybko je zamknęłam, bo w pokoju było zbyt jasno. Przeciągnęłam się w łóżku i przetarłam oczy mobilizując się do otwarcia ich na normalną szerokość. 
Gdzie ja jestem?
Pierwsze co mnie uderzyło to wszędobylska biel. Sypialnia, w której się znajdowałam była cała biała, tylko na ścianach znajdowały się biało-granatowe paski. Urządzona była w stylu marynarskim - koło łóżka, na ścianie wisiał ster,a na półce leżało kilka statków w butelkach. Na przeciwko łóżka znajdowały się drzwi na balkon, które były lekko uchylone i dzięki temu jeszcze nie udusiłam się w tym pokoju. Po lewej stały drewniane drzwi prowadzące do łazienki. Wyglądało to uroczo.
Jednak to najpiękniejsze leżało tuż koło mnie. Louis. Na plecach czułam jego spokojny, miarowy oddech co oznaczało, że Lou jest jeszcze w krainie Morfeusza. Przekręciłam się na drugi bok, aby obserwować śpiącego bruneta. Mojego bruneta. Nadal to do mnie nie docierało. Wydawało mi się jakby to było złudzenie, taki sen, który pojawił się w niechcianym momencie. Ale to było faktem - jest mój! Widok śpiącego Lou wynagrodził mi czekanie na niego przez te długie cztery lata. Jego włosy były jeszcze bardziej poburzone niż zazwyczaj i na dodatek spał bez koszulki. Awww... Uczta dla oczu. 
Postanowiłam wreszcie wstać z łóżka, ale jeszcze wcześniej złożyłam delikatnego całusa na policzku Louis'a. Otworzyłam najciszej jak mogłam szafę i wyciągnęłam z niej jakiś biały T-Shirt Lou, a następnie zgarnęłam z fotela, stojącego przy łóżku, moje spodnie i ruszyłam w stronę drewnianych drzwi, za którymi skrywała się łazienka.
Postanowiłam wziąć kąpiel. Odkręciłam wodę w ogromnej wannie i podeszłam do umywalki. Z moim wyglądem nie było, aż tak źle jak podejrzewałam. Tak jak się spodziewałam, oczy miałam podkrążone, ale na szczęście włosy nie sterczały każdy w inną stronę. Wczoraj poszliśmy spać po 3 w nocy. Tommo opowiadał mi różne anegdotki z jego życia, przy których śmiałam się jak wariatka. Dodatkowo Lou zaserwował mi kilka znakomitych hiszpańskich win, po których dzisiaj nie bolała mnie głowa naszczęście, nie wyobrażam sobie co by zrobili moi rodzice, gdyby zauważyli, że mam kaca... Gdy wracałam z imprez lekko nawalona wtedy zawsze spałam u Annabel. Nie chodzi o to, że bałam się swoich rodziców, ale po prostu czasami tata był zbytnio przewrażliwiony na moim punkcie, potarzał, że to może się źle skończyć oraz, że wiem jak NYC może być niebezpieczny i gdy kiedyś wróciłam lekko wypita to zakazał mi chodzenia na imprezy przez tydzień.
Miodzio...
Nie narzekałam na mieszkanie z rodzicami, ale już zapowiedziałam im, że po skończeniu studiów wyprowadzę się od nich i zacznę samodzielne życie.
Zrzuciłam z siebie ubrania i zakręciła kurek z lejącą się wodą. Weszłam do wody i zamknęłam oczy.
Po wyjściu z łazienki Louis już nie spał. Położyłam się na łóżku obok niego.
- Jak się czujesz kotku? - zapytał. Jego głos był bardziej ochrypły niż na co dzień.
- Z tobą zawsze dobrze. - odpowiedziałam zadziornie. Lou chwycił mnie w talii i przysunął do siebie. Byliśmy tak blisko siebie, ale teraz to ja pocałowałam go pierwsza.
Jak on cudownie całuje...
Gdy już oderwaliśmy się od siebie przytuliłam się do niego, a on gładził moje, jeszcze wilgotne włosy.
- Miałaś chłopaka w czasie tych czterech lat? - już nie sądziłam, że padnie to pytanie. Przełknęłam ślinę gromadzącą się w moim gardle. Wiedziałam, że muszę odpowiedzieć.
- Miałam dwóch. - spuściłam głowę, ale nie uważałam, że zdradziłam Lou. - Z jednym chodziłam pięć miesięcy, a z drugim trzy tygodnie. Nie uważałam, że ich kochałam. Byli, można tak powiedzieć tylko na pociechę.
No może trochę skłamałam. Brad (pierwszy chłopak) był faktycznie na pociechę, ale gdy zaczynałam chodzić z Jason'em chciałam zmienić mój stosunek do życia i zapomnieć o Lou. Jednak zdawałam sobie dobrze sprawę, że tych przemyśleń nie mogłam mu wyznać.
- Niezłe statystyki. - uśmiechnął się. - Ja miałem też dziewczyny tylko na pociechę.
- Przygody na jedną noc?
- Można tak to nazwać. - przytaknął i zerknął na mnie. - Ale teraz mamy siebie i zapomnijmy o tym co było, bo jak mówiłaś żyjemy tu i teraz.
- Głodna jestem. - Lou wywrócił oczami. Wiedziałam co sobie myśli. On mówi coś ważnego, a ja gadam głupoty nie zwracając uwagi na mądrości życiowe, które prawi. Często tak miałam z Annabel. Zachichotałam i wyszłam na balkon.
- Pójdę zrobić śniadanie! - usłyszałam jeszcze krzyk Lou dobiegający z pokoju.
***
Po jakiś dziesięciu minutach zeszłam na dół i skierowałam się do kuchni. Była ona bardzo przyjemnie urządzona. W rogu, po lewej stronie stał drewniany stół, na przeciwko niego lodówka, a wzdłuż ścian różne szafki. Podobało mi się to, że kuchnia miała ogromne trzy okna, przez które wpadało bardzo dużo światła.
- Co tam upichciłeś? - spytałam siadając na blacie obok kuchenki przy której stał Lou.
- Jajecznicę. - odparł i stanął przede mną. Przeczesałam palcami jego poburzone, gęste włosy.
- Kocham Cię.
- Ja ciebie jeszcze bardziej.
- Nie, bo ja bardziej.
Może dla kogoś takie przekomarzanie oznacza tylko takie bezmyślne tekściki zakochanych - młodych i głupich. Dla mnie znaczyło to bardzo dużo, bo wiedziałam, że ktoś mnie kocha naprawdę i ja tę osobę też.
***
Kilka dni po tym pamiętnym dniu od kiedy jestem oficjalnie dziewczyną Louis'a Tomlinson'a byłam umówiona z nim, jego kolegą Liam'em Payne'em i Annabel, moją koleżanką, w jednej z lepszych restauracji na Manhattanie. Ubrałam się dość elegancko, aby nie wyjść na jakąś niedorozwiniętą. Zerknęłam jeszcze na zegarek w telefonie i po sprawdzeniu, że jest już 18, czyli umówiona godzina o której Lou miał po mnie przyjechać zeszłam po schodach przy których stała moja mama szeroko się uśmiechając ze skrzyżowanymi rękami na klatce piersiowej. 
- Szkoda, że minęły te czasy, kiedy dawałam Ci kwiatek, abyś udekorowała nim garnitur twojego partnera. - mama przechyliła głowę i znów się zaśmiała. Taty nadal nie było w domu.
- Och... - lekko się zawstydziłam. - Mamo nie przesadzaj. 
- Idź, bo się spóźnisz. - ponagliła mnie mama. Wzięłam płaszcz z wieszaka i pomachałam mamie zamykając już za sobą drzwi. Czasami irytowało mnie to, że mama tak się nade mnąwzrusza, ale nie mogłam nic na to poradzić. Tacy rodzice.
Rozejrzałam się po ulicy w poszukiwaniu czarnego BMW x5 Lou. Nie było to takie trudne, bo auto stało prawie na przeciwko wyjścia z mojego domu. Uśmiechnęłam pod nosem na widok dość elegancko ubranego bruneta opierającego się o auto. 
- Pan na kogoś czeka? - podeszłam bliżej chłopaka.
- A ma pani coś na myśli? - spytał zupełnie poważnie. Chciało mi się śmiać.
- Potrzebna mi podwózka. Czy może by pan mógł...? 
- Z wielką chęcią. - przerwał mi i ukazał rząd śnieżno białych zębów i otworzył drzwi od strony pasażera. Kiwnęłam głową na znak wdzięczności i wsiadłam do samochodu. Po tym jak on też wsiadł do samochodu pocałował mnie na powitanie. Ruszyliśmy.
- Mówiłaś, że z twojej koleżanki niezła laska? - zagadnął nie spuszczając oczu z drogi.
- No zależy jeśli kręcą cię blondynki o magnetyzującym spojrzeniu, pełnych ustach i krągłościach z tyłu i z przodu. - popatrzyłam się na niego z wymownym spojrzeniem. On położył rękę na moim kolanie i powiedział:
- Liam'a takie kręcą. - zaśmiał się. - A mnie natomiast kręcą brunetki o pięknych, długich włosach, pełnych ustach oraz niebanalnym poczuciu humoru.
- Nie podlizuj się teraz! - wystawiłam w jego stroną język. 
- Nawet nie wiesz jaką mam ochotę ciebie pocałować teraz. - zdziwił mnie swoim wyznaniem tak, że przez jakieś 20 minut, czyli do końca drogi nic nie powiedziałam.
W końcu dotarliśmy do celu jazdy. Zaparkowaliśmy niestety trochę daleko od restauracji, ale spacerek jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodził. Chyba tak, nie? Loui znów jak dżentelmen otworzył mi drzwi. Złapałam go za wystawioną przez niego rękę i wysiadłam z samochodu. Wsunęłam dłoń pod jego ramię i rozmawiając na jakieś błahe tematy doszliśmy do restauracji.
- Liam już pewnie przy stoliku. Jest bardzo punktualny - poinformował mnie Lou. Weszliśmy do środka. Wnętrze było bardzo gustownie, ale z przepychem urządzone. Restauracja miała dwa poziomy. Podeszliśmy do kelnera opierającego się o stolik z małym komputerkiem. Lou zapytał o stolik zamówiony na nazwisko Payne. Kelner poklikał coś na ekranie.
- Stolik numer 24, na piętrze przy balustradzie pięty z prawej. - odpowiedział miłym głosem pracownik. Uśmiechnęliśmy się w podziękowaniu i ruszyliśmy w stronę wskazaną przez mężczyznę. Poszliśmy we wzkazanym kierynku. Przy stoliku już czekał Payne. Jego włosy zaczesane były do tyłu, a ubrany był w granatowy garnitur.
- Liam! - powitał dobrze zbudowanego szatyna Louis. - Już nie sądziłem, że znajdziesz czas na starych znajomych i NY!
- No widzisz... Ja też nie sądziłem, że ty jeszcze pamiętasz o NYC. - skonstatował Liam. 
- To jest Samantha, moja obecna dziewczyna. - przedstawił mnie Tommo. 
- Liam Payne. Miło mi cię poznać. - powitał mnie, a ja posłałam mu ciepły uśmiech i podałam mu rękę, którą lekko ucałował
- Mi również. Dużo o tobie słyszałem. - jego głos miał w sobie to coś co powodowało, że chcesz z nim posiedzieć i pogadać jeszcze długo i jeszcze dłużej. Wydawał się nawet miły.
- Mam nadzieję, że tylko pozytywne rzeczy. - skomentowałam. - Ma jeszcze dojść do nas moja koleżanka Annabel. Pomyślałam, że nie zna jeszcze nawet Lou to za jednym razem, pozna również ciebie. 
Niestety nie jestem osoba, która lubi mówić na pan i pani, a tym bardziej z osobą, która jest o rok ode mnie starsza.
Hello!
Nie, nie chciałam wcale zapoznać Annabel z chłopakiem, którego pokazał mi Lou na zdjęciu i, o którym mi opowiadał. Nie, nie wcale nie miała planów zrobić z nich parę. Louis opowiadał mi, że Liam prowadzi sieć warsztatów samochodowych. Podobno na pierwszy rzut oka jest zajęty tylko pracą, ale gdy przychodzi co do czego to nieźle imprezuje. Dla osób z zewnątrz umie być dość chłodny i konkretny, czy jak to nazwał Lou formalny, ale dla przyjaciół Li jest otwarty i jest to dusza towarzystwa. Można powiedzieć, że ma dwie twarze.
Usiadłam obok Louis'a, a Liam zajął miejsce na przeciwko niego. Na przeciwko mnie, koło Liam'a stało puste miejsce dla Annabel. Zaczęliśmy rozmawiać na różne tematy. Liam opowiadał trochę o swoim biznesie. Louis natomiast śmiesznie komentował jego wypowiedzi.
- Lou mówił, że kiedyś mieszkaliście razem w tej willi w górnym Manhattanie. - zaczęłam inny temat.
- A, tak. - Liam pokiwał głową. - Stare, dobre czasy, gdy zaczynałem karierę mechanika. Wtedy miałem nadzieję, że spełni się mój American Dream*. No i mogę powiedzieć, że się spełnił.
Uśmiechnął się szeroko na wspomnienie tamtych lat. Usłyszałam dzwonek mojego telefonu.
- Przepraszam was na momencik. - powiedziałam i przyłożyłam telefon do ucha.
- Cześć Słońce! - w słuchawce usłyszałam pełen energii głos blondynki. - To, który ten stolik o którym mówiłaś? Pamiętaj, żeby mi się podobał!
- Jesteś okropna! Ale chodził ci o mojego czy tego drugiego? Hmmm....? A stolik 24, na piętrze piąty przy balustradzie. - wyjaśniłam. Niestety nie mogłam nazywać chłopaków po imieniu, bo po pierwsze nie wypadało. An zaśmiała się.
- Raczej o tego drugiego. - teraz to ja nie mogłam opanować śmiechu. - Za chwilę będę! Całusy. 
- Narka. - pożegnałam się.
Chłopcy gadali na jakiś niezrozumiały dla mnie temat. O jakiś samochodach. Czy coś takiego. Nagle Liam zamilkł. Co mowę mu odebrało? Od razu zrozumiałam o co chodzi - Annabel. Brunet wytrzeszczył o czy i rozwarł usta. Posłałam Louis'owi wszystko mówiące spojrzenie.
- To Annabel. - wyszeptałam do Louis'a też zdziwionego zachowaniem Liam'a. Odwróciłam się, aby ocenić strój mojej przyjaciółki. Była ubrana znakomicie. Sama dobrze rozumiałam znaczenie jej stroju. Biała spódnica i też biały top w kwiatki, to niewinny wygląd, te czarne buty i kultowa, mroczna torebka od Givenchy, jej grzeszny charakter. A jeansowa koszula, pewnie po to, aby nie robić jakiś skandali przez odsłonięty brzuch w tak osławionej restauracji. Blondynka posłała Liam'owi jedno z jej obezwładniających spojrzeń, wiedziała, że to on, bo pokazywałam jej zdjęcia Lou. Lekko przygryzła wargę i podeszła do naszego stolika.
- Witam. Mam nadzieję, że dobrze trafiłam. - uśmiechnęła się szeroko obejmując naszą trójkę wzrokiem. Liam, oczywiście, wstał jako pierwszy.
- Lepiej pani nie mogła. - Liam był twardym graczem, jeszcze Annabel go "nie obezwładniła". Polega to na tym, że faceci gapią się na nią nie mogą nic powiedzieć, ani się ruszyć. Zawsze ciekawił mnie ten fenamen, którym była Annabel. Może była syreną z ludzkimi nogami? Kto wie... Liam ucałował jej rękę nie spuszczając z niej wzroku.  - Liam Payne, miło mi poznać.
- Annabel Bourne.
- Louis Tomlinson. Słyszałam, że moja dziewczyna już mnie obgadywała przy Tobie. - teraz z Annabel przywitała się Tommo.
- Ja słyszałam tylko komplementy. - Annabel posłała mu nie jednoznaczne spojrzenie.
- Cześć Skarbie! - Annabel podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła.
Chwilę później zasiedliśmy już w pełnym komplecie przy stoliku. Podszedł do nas kelner, rozkładając przed nami oprawione w coś imitującego skórę, menu. Ja zdecydowałam się na kaczkę z gruszkami w sosie słodko-kwaśnym, Lou wybrał jagnięcinę z warzywami, Annabel wzięła to co ja. Okazało się, że Liam jest wegetarianinem, więc zamówił sałatkę grecką oraz dla nas wszystkich czerwone wino di Pape.
- Widzę, że Twoje umiłowanie do win rodem z Francji nie zmienia się? - Lou spytał Liam'a, który pożerał wzrokiem Annabel. Chciało mi się śmiać.
- Tak, tak mam do nich słabość. Ostatnio odkryłem niesamowicie słodkie, ale też lekko kwaśne wino ze szczepu winnego Schoupe*. Niesamowity smak! - zachwycał się Liam akurat, gdy kelner rozlewał czerwone wino do kieliszków.
- Czym się pan tak właściwie zajmuje? - zaciekawiła się Annabel upijając łyk napoju z procentami.
- Jestem właścicielem sieci warsztatów samochodowych w zachodnich stanach U.S.A. Nie tylko mamy tam same warsztaty, ale też również myjnię i stacje paliw - chwalił Liam. - Muszę powiedzieć, że pomimo tego, że ten biznes na pierwszy rzut oka wygląda tak nieporadnie i pierwszą rzeczą, która każdemu nowojorczykowi  przychodzi na myśl po usłyszeniu słowa warsztat samochodowy są raczej zdezelowane warsztaty na Brooklyn'ie, niż wypasione wielkofunkcujnie myjnio-warsztato-stację. Biznes nie jest łatwy muszę przyznać, ale jeśli zrobi się to co należy - korupcja, przekupstwo, pomyślałam. - da się nieźle prosperować.
- A ja już myślałem, że nic już z ciebie nie wyrośnie - dodał Louis z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru.
- Gdzie znajduje się siedziba pańskiej firmy?
- W LA. - odparł Li bez większego wzruszenia. - Jeślibyśmy mogli na ty?
Uśmiechnął się szeroko do Annabel. Ona jedynie zalotnie wydęła usta. Odetchnęłam z ulgą, bo dzięki temu rozmowa stanie się luźniejsza.
***
Annabel jest dziewczyną, która nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Jedno o niej jest pewne, no może oprócz tego, że jest chyba najbardziej czarującą blondynką jaka kiedykolwiek uczęszczała na Julliard, jest fakt, że interesowała się wszystkim. Nazywajcie to jak chcecie, może była ciekawska, ale chciała wiedzieć co się wokół niej dzieje. Wiedziała wszystko, od sytuacji w Azji Mniejszej po zamieszki w biedniejszych dzielnicach NY. W mieszkaniu trzymała wielką kolekcję Jazzowych hitów z lat. 20 i 30 XX w. Mówiła, że znalazła je kiedyś w jakimś tanim sklepie na Manhattanie. Przyznała mi się, że Jazzu słucha na okrągło i jest od niego uzależniona. 
- Jest to gorsze niż narkotyki! - śmiała się.
Wracając już do dzisiejszego spotkania, czułam się trochę dziwnie. Rozmowa toczyła się głównie między Annabel i Liam'em, który za wszelką cenę chciał jej zaimponować. To było lekko irytujące. Wyciągnęłam telefon i zaczęłam pisać SMS do Louis'a, który też co jakiś czas chciał włączyć się do rozmowy, ale za każdym razem nie udawało mu się to.  
L: Przepraszam Cię za nią. Taki typ dziewczyny... :-*  
Telefon Tomlinson'a zabuczał. Lou wyciągnął go z kieszeni i zerknął na sms, który mu przed chwilą wysłałam.
L: Nie przejmuj się. Cieszę się, że Liam ma wreszcie z kim pogadać. :-)
S: Myślisz, że jakbyśmy się ulotnili zauważyliby to?
L: Raczej nie... :-*
Po pół godzinie stałam już z Lou przed restauracją. Jakieś kilka metrów od nas stała Annabel i Liam znowu kłócących się o jakieś błachostki, nawet nie wnikałam w co. To, że się ciągle kłócili oznaczało tylko jedno - Liam podoba się Annabel i na odwrót. Chociaż An jest niesamowitą zagadką, więc oczywiście nie wykluczałam, że nie miałam racji. Zwróciłam się w stronę Lou i splotłam nasze palce przysuwając je na wysokość oczu.
- Gdy wychodziliśmy z restauracji Annabel poprosiła mnie, abym wracała z nią. Wiesz, trochę ją zaniedbuję przez ciebie. - przygryzłam niepewnie wargę.
- Dobra, dobra nie tłumacz się - musnął swoimi wargami moje usta, a następnie pocałował mnie jeszcze raz, ale o wiele mocniej.
- Nie przesadzacie trochę? Jesteśmy w miejscu publicznym - Annabel! Odskoczyliśmy od siebie przestraszeni. Pocałowałam Lou w policzek i pożegnałam się z Liam'em. An nawet nie zerknęła na Liam'a tylko uścisnęła Louis'owi rękę na pożegnanie. Ja i Annabel poszłyśmy w stronę Time Squere, a Liam i Louis za pewne po BMW.
Gdy uszłyśmy parę kroków, nie mogąc opanować mojej ciekawości zapytałam ją o dzisiejsze spotkanie:
- Ja wiem i ty też pewnie wiesz, że chciałaś z tego uczynić z tego podwójną randką.
- Przepraszam cię bardzo, ale z mojego planu nie wyszło nic, bo ty oczywiście kłóciłaś się z nim!
- Ej...! Wiesz, że tak łatwo moich nawyków nie zmienisz - posłała mi zwycięski uśmiech. - Ale dzięki temu wybadałam już grunt.
Wywróciłam oczami.
- No to pochwal się wynikami tych badań!
- Niestety nie mogłam kopać głębiej, ale muszę powiedzieć, że Liam ma dość interesującą osobowość, można go uznać za pewnego rodzaju fenomen. Czegoś takiego w swojej karierze jeszcze nie widziałam - ciągnęła swój wykład Annabel. - Dla ciebie jest to może trudno stwierdzić, bo ty jesteś zakochana i nie widzisz świata oprócz tego, też niezłego bruneta imieniem Louis. Ale Liam jest inny, to widać. Przynajmniej tak sądzę...
Annabel i te jej badania. Eh...
- No to się nieźle napracowałaś - skomentowałam.
- Pracy było dużo, ale jestem naprawdę zadowolona!
Wybuchłyśmy śmiechem.
Przed naszymi oczami ukazał się ten bardzo znany wieżowiec obwieszony reklamami z każdej strony. Tak, byłyśmy już na Time Square. Wszędzie było pełno ludzi; jedni siedzieli na ławkach lub chodzili podziwiając rozpraszające mrok telebimy, a inni bez opamiętania fotografowali komórkami to miejsce. Na chwilę przystanęłam i zrobiłam telefonem zdjęcie.
- Chodź! Zafunduje ci hot-doga! - pociągnęłam za rękę Annabel w stronę budki z tymi nowojorskimi kiełbaskami.
- No weź! Ja i tak już dzisiaj za dużo zjadłam - starała mnie odciągnąć od tego pomysłu.
- Ty i tak to niedługo spalisz...
Annabel posłała mi zabójcze spojrzenie,a ja rozłożyłam ręce jakbym nie rozumiała o co jej chodzi. Zamówiłam dwa hot-dogi: jeden z ketchupem, a drugi z musztardą i ketchupem dla mnie. Po zapłaceniu zasiadłyśmy na pustej ławce (co się tak często nie zdarza i to w tym miejscu), jadłyśmy i obgadywałyśmy Liam'a, ale także na Louis'ie nie zostawiłyśmy suchej nitki. Śmiałyśmy się przy tym jak jakieś wariatki. Ale nadal nie mogłam od niej wyciągnąć o co jej chodziło z tym tajemniczym stwierdzeniem, że Liam jest inny.
Miałam nadzieję, że niedługo się dowiem...

***
Przy­jaźń poz­naje się po tym, 
że nic nie może jej za­wieść, 
a praw­dziwą miłość po tym, 
że nic nie może jej zniszczyć. 
***
American Dream* - amerykański sen, od pucybuta (czyści buty) do milionera.
Shoupe* - wymysł autorki, taki szczep nie istnieje (tak mi się przynajmniej wydaje)

*** 

Witam! Witam!
Rozdzialik jeden z moich ulubionych, ale nie najbardziej. Annabel to chyba moja ulubiona postać, ale Sam też jest niesamowita. No może wygląda na taką oczywistą, ale uwaga, aby Was pozory nie myliły! ;D
No a jak tam na wakacjach? Jak oceny i te inne pierdoły? ;) U mnie nawet spokojnie nie wliczając moich młodszych kuzynów. :/ No to się nie rozwlekam...
Całusy Skarby! Do napisania :*
Ps. Chciałam Was przeprosić za masę błędów w poprzednim rozdziale. Strasznie mi głupio. Ten rozdział sprawdzałam pięć razy!