wtorek, 12 sierpnia 2014

Rozdział 5

Czasami, gdy miałam gorsze dni zostawałam na sali do tańca dłużej niż przewidywał mój rozkład zajęć. Siedziałam tam długie godziny. Niektórzy mają alkohol, inni dragi, niektórzy jazz, a ja po prostu tą salę, która pomaga mi się odstresować. Dziś znów miałam nie przyjemną rozmowę z Jasonem, który nie zmienił postępowania w stosunku do mnie i słownictwa w stosunku do Louisa. Postanowiłam o tym nie myśleć, ale z każdą chwilą wydawało mi się to co raz bardziej niemożliwe. I tak jutro będzie to samo i pojutrze też itd... itd...
Starałam się skupić na ćwiczeniach dzięki, którym nie miałam złapać skurczu. Bolało niemiłosiernie. Koszmar. Jednak sama tak chciałam...
Zrobiłam szpagat. Przechyliłam głowę w stronę kolana. Kark zaczynał boleć co raz bardziej. Jeszcze troszeczkę. Tak mało brakuje mi do położenia głowy na kolanie.
- Ach... - w jednej sekundzie wyprostowałam się. Ból był nie do zniesienia. Złączyłam nogi i położyłam zbolałe plecy na twardej, drewnianej podłodze. Oczy zaszkliły mi się od łez, które zbierały się w moich brązowych oczach. Patrzyłam na sufit, nie myśląc o niczym.
Usłyszałam dzwonek telefonu. Ociągając się wstałam i nie śpiesznym krokiem ruszyłam do fortepianu, gdzie leżała moja torba.
We found love in the hopeless place...
We found love in the hoooplees place... 
Rihanna wydzierała się co raz głośniej, a ja nie mogłam znaleźć telefonu. Wiecie - te damskie torebki. Wreszcie znalazłam. Przejechałam palcem po ekranie odbierając połączenie od Lou.
- Jestem przed Julliardem. Nie mogę się doczekać gdy ciebie zobaczę. - w słuchawce odezwał się głos Tomlinsona.
- Byłeś kiedyś w środku? - wpadłam na genialny pomysł.
- Czego?
- No Julliardu.
- Nie, nie byłem - domyśliłam się już jego odpowiedzi. - Schodzisz już?  
- No to ty chodź do mnie!
- Sam, proszę chodź już.
- Louis, proszę chodź już.
- Nie chce mi się z Tobą użerać. - Tommo starał się mnie przekonać. - Ale chodź już tutaj! - byłam nieustępliwa.
- Dobra... - westchnął. - Już idę. A i jeszcze...
- Jej! Nie mogę się doczekać! - pożegnałam się. Nawet nie zauważyłam, że mu przerwałam.
Założę się, że po rozłączeniu się, Lou przewrócił oczami. Zaśmiałam się na tę myśl i sprawdziłam kilka smsów, które dostałam w czasie przesiadywania w sali tanecznej.
Louis nadal nie nadchodził. Wytłumaczyłam to sobie tym, że się zgubił w budynku. No tak, nie wytłumaczyłam mu jak tu dojść.
Stanęłam przed lustrem. Włosy miałam związane w wysokiego kucyka. Ubrana byłam w luźną, krótką bawełnianą bluzę. Do tego jeszcze ubrałam też szare, sięgające do kolan pumpy. Na nogi założone miałam szaro-różowe tenisówki Nike. Tak prezentował się mój strój do ćwiczeń.
Zrobiłam kilka piruetów przed lustrem.
Na korytarzu usłyszałam kroki, więc wyszłam sprawdzić kto to taki o tej godzinie, kiedy nie trwają żadne zajęcia błąka się po uczelni.
Na mojej twarzy pojawił się zwycięski uśmieszek. Korytarzem szedł Lou rozglądając się po ścianach.
- Tutaj! - pomachałam do niego.
Popatrzył się w moją stronę i uśmiechnął się przy tym.
- Byłbym szybciej gdybyś dała mi dokończyć zdanie. - powiedział nie bez wyrzutu.
- No przepraszam - zrobiłam smutne oczka.
- Wybaczam.
Pocałował mnie.
- Chodź! - pociągnęłam go za rękę.
Razem weszliśmy do średniej wielkości sali z trzech stron otoczonej lustrami z przytwierdzonymi do nich drążkami. uśmiechnął się do mnie, a ja spuściłam wzrok.
- Och, Sam.
Zbliżył się jeszcze bardziej.
- Nie bądź dla mnie taka bezwzględna - nie ukrywał rozbawienia. Stanął przede mną.
Uśmiechnęłam się zwycięsko i postąpiłam krok do przodu.
- Co ze mną zrobisz? - Lou najwidoczniej miał dobry humor. Prychnęłam.
Pchnęłam go pod ścianę i podeszłam do bruneta. Podniósł ręce. Przylgnęłam do niego i położyłam paznokcie na jego ramionach.
- A to... - wyszeptałam wprost w jego usta.
Cmoknęłam go w usta. Lou był nie cierpliwy i od razu mocno mnie pocałował. Położył rękę na zgięciu pod kolanem i pociągnął moją nogę do góry. Przejął inicjatywę i schodził pocałunkami w dół po moje szyi. Zsunął nawet rękawek moje bluzki bardziej na ramię by mnie dalej obcałowywać. Wiedziałam do czego dąży, więc trzeba było go tym bardziej powstrzymać. Na początku zsunęłam nogę, aby znalazła się obok drugiej i odsunęłam się od niego. Zdziwiony moją reakcją zmarszczył brwi.
- Nie tu - brzmiała moja odpowiedź.
- Sorki.
- Za co?
- No za to - zrobiło mu się głupio.
- Przepraszać mógłbyś dopiero jakąś zabłąkaną panią sprzątającą lub nauczyciela, który by tu wszedł. -  wytłumaczyłam mu. - Mi się podobało.
Zmrużył oczy i uśmiechnął się.
- Chodźmy już.
- Nie. Nie. I jeszcze raz - zrobiłam pauzę. Dzisiaj nie miałam chęci stąd wychodzić. Chociaż wizja udania się do domu Louisa wydawała się dość kusząca. - Nie. - Czemu? - to pytanie o mało nie zwaliło mnie z nóg. No czemu? Bo tak. Z tego co się zorientowałam Lou nie lubi takich nie oczywistych odpowiedzi.
Myśl, myśl...
- Bo chcę... eee... - jąkałam się. - Z tobą zatańczyć.
Większego głupstwa palnąć nie mogłaś...
- Samantha - powiedział lekko zniecierpliwiony Lou.
- A tak, tak łatwo mi nie uciekniesz - od razu nabrałam odwagi i przekonania do mojego pomysłu.
- A co chcesz zatańczyć? - uniósł brwi. Zmierzając do radia zahaczyłam palcem o jego nos i powiedziałam:
- Coś spokojnego.
Doszłam do radia i włożyłam do niego wcześniej przygotowaną płytę z kilkoma moimi ulubionymi piosenkami różnych wykonawców. Nacisnęłam przycisk i pierwsze dźwięki piosenki rozniosły się po pomieszczeniu. Lou podszedł do mnie i spytał:
- Czy mogę prosić?
- Oczywiście.
Dotknęłam jego otwartej dłoni i dygnęłam przed nim. On ucałował moją dłoń i porwał mnie od razu w swoje objęcia.
Noga do przodu... w bok... oczy Louisa... noga w tył... oczy Louisa... znów w bok i te jego oczy.
Tommo cały czas mierzył mnie swoim przenikliwym spojrzeniem. Czułam się odrobinę nieswojo, ale zarazem było to całkiem miłe uczucie.
- Widzisz jakie to proste? - zagadnęłam.
Zrobił niejednoznaczny uśmiech.
Przytuliłam się mocniej do Lou.
Nie mogłam znieść myśli o jutrze i kolejnych dniach, które miały nadejść. Ciągle chciałam zatrzymywać chwile, które spędzam z Louisem. Nazwałabym to takim oszukiwaniem samej siebie. Przecież i tak to jest nie możliwe. Tworzyłam taki świat jaki chciałabym, aby był, a nie patrzeć oczami otwartymi szeroko i stawić czoło tym wszystkim przeciwnościom prawdziwego, realnego dnia. Było to bez sensu, bo jeszcze mocniej uderzał we mnie ten ból związany z dręczeniem przez Jasona. Nigdy nie byłam osobą, która spokojnie znosi świat takim jakim jest. Zawsze chciałam go zmieniać. Pokazywać jego pozytywne strony innym.
I do czego Cię to doprowadziło?
Zamknij się głosie.   
Zawsze miałam za duże wymagania od ludzi. Myślałam, że naprawdę można im zaufać. Znaczy chodzi o to, że spotkałam na swojej drodze różne osoby. Nie umiejące dochować tajemnicy, zazdrosne, okłamujące, a ja wierzyłam, że są naprawdę cudownymi osobami. A potem kończyło się wielkimi problemami. Te historie zdarzały się głównie w podstawówce. I wtedy dopiero uczyłam się funkcjonować i rozpoznawać takich ludzi, ale niestety coś z tamtych dni mi zostało. Najlepszym przykładem jest właśnie Jason. Świat i życie dla mnie już na zawsze będą zbyt brutalne. Ciekawe czy to się jeszcze zmieni.
Nawet nie sądziłam jak bardzo...
Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Przypominały mi się słowa Johnego Deepa. "Ludzie nie płaczą dlatego, że są słabi, tylko dlatego, że za długo byli silni." Jedyny problem w tym, że ja właśnie za krótko byłam silna. I uważam, że te wszystke rzeczy dzieją się, bo chciałam zrobić z niego nie wiadomo jak dobrego, dlatego, że nie znałam prawdziwych możliwości blondyna. Nie mam nawet prawa płakać. Wmawiałam sobie, że muszę być silna, muszę. A z każdym dniem upadałam co raz bardziej. Uśmiech wracał na moją twarz tylko, gdy rozmawiałam z Lou i An. Ale z Annabel rozmawiałam na każdy temat, a Louisem chciałam odreagować te wszystkie szkolne sprawy. Przez ostatnie dwa tygodnie widzieliśmy się tylko raz. Naprawdę potrzebowałam go częściej. Nastały dla mnie trudne czasy. Jason co raz bardziej pogłębiał swoją intrygę. Powoli zaczynałam tracić siły. Louis był moją ostoją. Zapomnieniem o wszystkich innych rzeczach... Odczuwałam prawdziwe szczęście.
Duże wsparcie otrzymywałam też od Annabel. Poprawiała mi humor po tych nieprzyjemnych rozmowach z Jasonem i jego "świtą".
Dupek...
Och, tak.
Na sali byłam tylko ja i on. Wirowaliśmy razem po parkiecie. Było niesamowite uczucie być tutaj z nim. Wyobraziłam sobie, że jesteśmy na polanie i pomiędzy drzewami rozwieszone są słoiki, w których są tzw. "tea lighty". Jest noc, jest ciemno i te małe promyczki wysyłane przez świeczuszki dają poczucie bezpieczeństwa.
Piosenka powoli cichła. Lou co raz intensywniej wpatrywał się w moje oczy. Teraz potrzebowałam tylko jednej osoby - Louisa.
Znów mnie pocałował. Z tą różnicą, że w ogóle się nie wzbraniałam przed jego uczuciem. Wskoczyłam na jego uda, a on zręcznie mnie przytrzymał.
Nagle ktoś zaczął klaskać. Oskoczyłam od Louisa tak, że upadłam na podłogę. Tommo nawet nie zdążył mnie złapać. Nie potłukłam się przy tym zbytnio, ale mogło się bez tego obyć. Lou pomógł mi wstać i razem popatrzyliśmy na miejsce skąd dochodziło klaskanie.
Annabel. Blondynka stała oparta o framugę drzwi. Nogi miała skrzyżowanie i lekko wygięła przy tym ciało. Co ona robi teraz w szkole?!
- Annabel?
- We własnej osobie.
- Co ty tu robisz?
- Stoję.
- A dokładnie?
- Sprawy prywatne - tak, tak. Ja już znam te twoje sprawy prywatne. - Pięknie razem wyglądacie, gdy tańczycie. A jeszcze piękniej, gdy się całujecie.
Znana, chyba na całym świecie, prostolinijność Annabel.                
- Miło to słyszeć - dodał po chwili milczenia Lou.
Mierzyłam Annabel zabójczym spojrzeniem. Ukatrupiłabym ją na miejscu gdybym tylko mogła.
- Spokojnie Samantho. Będziecie mieć jeszcze wiele okazji. - Annabel zbliżyła się do nas. Stukot jej obcasów rozniósł się po sali.
- Jesteś okropna - uderzyłam ją lekko w ramię. Oddała mi.
- Czy będę świadkiem damskiego reslingu? - Tommo miał przestraszoną minę. Zerknęłam na moją najlepszą przyjaciółkę. Ona też się na mnie popatrzyła. W jednym momencie zaczęłyśmy się śmiać. Tak po prostu, bez powodu dostałyśmy głupawki.
Gdy już trochę się uspokoiłyśmy zaproponowałam:
- Wyskoczmy gdzieś.
Annabel od razu zgodziła się na moją propozycję, ale Lou posłał mi tylko niezadowolone spojrzenie.
- Zaczekajcie sekundkę. Pójdę się przebrać.
- Mogę ci pomóc - zaoferował Tomlinson.
- Chyba poradzę sobie sama - poczułam jak rumieńce wstępują na moje policzki.  
- Am - dawno do mnie tak nie mówiła. Miło to znowu usłyszeć. - On cię tak ładnie prosi.
Wywróciłam oczami i już bez zbędnych rozmów ruszyłam sama do szatni. Tam szybko nałożyłam normalny strój i po jakiś 10 minutach wyszłam do An i Louisa.
Ufałam blondynce, że nie okręci sobie Louisa wokół palca w czasie tych kilku minut. Wyszłam zza rogu. Na ławce siedzieli Annabel i Louis pogrążeni w bardzo interesującej rozmowie.
- Ty, ty, ty - pogroziłam palcem blondynce równocześnie siadając na kolanach szatyna. - Nie zabieraj mi chłopaka.
- Spokojnie. Nie daje się - puściła do mnie oczko i dodała: - Na razie.
- Widzę, że dzisiaj elegancki strój. - wow, Louis jakiś ty spostrzegawczy.
- Czasami mam ochotę ubrać się odrobinę ładniej gdy przychodzisz - potarłam moim nosem o jego. - O czym gadaliście?
- O meczach koszykówki. - odpowiedziała Annabel. Czym ty się kobieto nie interesujesz?
Wzięłam Lou za rękę i wyszliśmy razem, we trójkę, z budynku.
- To gdzie idziemy?
- To może do White Rusberry*?
- A co to?
Tommo nie był wtajemniczony.
- "White Rusberry" to kameralna kafejka, gdzie podają bardzo smaczne shaki owocowe i pyszne ciasta. Znajduje się w mniejszej ulicy odchodzącej od Broadway, tu niedaleko. Nie ma tam tyle ludzi co np. w Starbucks czy Coffe Heaven. - wyjaśniłam Lou. Pokiwał głową.
- Kim chciałabyś zostać w przyszłości? - pytanie Louisa było skierowane do Annabel.
- Hmmm... Trudne pytanie panie Tomlinson. Raczej reżyserką. Według mnie brakuje reżyserek, ale z drugiej strony wymyślanie scenariuszy i praca z aktorami były by rzeczami, którymi chciałabym się zajmować w życiu.
Od razu podchwyciłam temat.
- My to sobie tak wymyśliłyśmy, że ona będzie dawała mi pracę, a ja będę ją promować na różnego rodzaju balach i imprezach.
Louis przewrócił oczami i zaśmiał się. Nasz plan był naprawdę genialny!
Po kilku chwilach siedzieliśmy już w "White Raspberry". Trzymaliśmy w rękach menu. Pomagałam Lou wybrać odpowiedni deser, bo on nie znał się na "tutejszych przysmakach".
- Może to? - wzkazał w menu deser nazywający się Mint Lovers.
- Nie sądzę. Myślę, że bardziej by ci smakował. A Dark Paradise?
- Niestety jestem uczulony na orzechy.
- Sorki, zapomniałam.
- A co mi powiesz o tym? - wzkazał kolejny deser.
Po długich obradach koniec końcem wybraliśmy to samo: Coco Mango i podwójne latte.
- Jak się poznałyście? - po tym jak już otrzymaliśmy zamówienia spytał Louis.
- Hah - skomentowała An. - Kope lat! Pamiętasz to jeszcze?
Uderzyła mnie w ramię.
- Boże... czekaj, czekaj... - zastanawiałam się. - Tak, pamiętam! Jakieś niecałe cztery lata temu.
- Ja pamiętam jakby to było wczoraj!
- No więc...? - Lou przypomniał nam o swojej obecności
- Dawno, dawno temu, za górami, za lasami i za...
- Nie przedłużaj - zgromiłam blondynkę.
- Okey, okey. No więc w pewnym znanym mieście, nazywającym się New York, spotkały się dwie dziewczyny około lat 18. Różniło ich wszystko, począwszy od koloru włosów...
- Annabel, serio?
- No, ale ja chciałam nadać tej opowieści innego wymiaru.
Wymieniłam z Lou porozumiewawcze spojrzenia.
- Na dobra - przewróciła oczami. - Zbliżało się południe. Stałam na chodniku czekając na to jak mężczyźni z firmy przeprowadzkowej wniosą wszystkie moje rzeczy i meble z mojego domu z San Francisco. 
- To nie jesteś stąd?
- Myślałam, że Am coś ci o mnie opowiadała, a tu ty nic nie wiesz! - obruszyła się An. 
- To mieszkałaś już wcześniej w San Francisco?
- Tak. - Annabel przytaknęła. - Pochodzę z tamtąd. Rodzice prowadzą tam dość dobrze prosperującą restaurację w centrum miasta. Do NYC przyjechałam na studia i zamieszkałam tutaj już na stałe. Na razie nie planuję powrotu w rodzinne strony. 
Wcale ci się nie dziwię. 
- Kontynuuj tamtą opowieść. Okey? - zwróciłam rozmowę na właściwe tory. 
Annabel jest taka, że w czasie jednej opowieści może poruszyć 10 wątków w ogóle nie związanych z tematem. 
- Właśnie, stałam na tym chodniku. Ci faceci na początku wypakowywali wszystko na chodnik, bo stali na złym miejscu parkingowym, czy jakoś tak, ale w każdym bądź razie zajęli przez te rzeczy pół chodnika. I w tym czasie po tej samej ulicy i po tym samym chodniku biegła pewna brunetka. Jak się potem okazało spieszyła się na stację metra. Ona biegła pisząc coś na telefonie, faceci właśnie wypakowali i zaczęli zamykać klapę samochodu, aby mogli już wyjechać. Nie zauważyli dziewczyny. Ja jeszcze zdążyłam krzyknąć "Uwaga", ale to i tak nic nie pomogło. Potknęła się o te paczki i wyrżnęła o chodnik. Telefon nadawał się do wyrzucenia, a broda była cała we krwi.
Louis mocniej przytulił mnie do siebie na znak współczucia. 
- I co dalej? 
- Dalej to zadzwoniłam po karetkę, która przyjechała po kilku chwilach. Zabrano ją do szpitala. Potem odwiedziłam ją w tym szpitalu i tam rozmawiałyśmy o naszej przyszłej szkole, czyli o Julliardzie i innych takich.
Tommo pocałował mnie we włosy. Uśmiechnęłam się do niego. 
- Wy do siebie tak niemiłosiernie dobrze pasujecie - "niemiłosiernie dobrze" - jedno z wielu dziwnych określeń Annabel. - Czy w Doncaster dobierają facetów na miarę? 
Zaśmialiśmy się kolejny raz i zrobiliśmy sobie selfie i'Phonem Annabel.
- Ostatnio Liam się o ciebie pytał. - kocham cię Liam. Tak trzymaj! - Odpowiedziałem, że ostatnio się nie widzieliśmy. 
- A co u niego nowego? Naprawił już swoje samochody? - Annabel nie była najwyraźniej zachwycona tym tematem.
- On raczej nie. Robi to za niego wiele niższych rangą osób.
- Acha... Dziękuję, że mnie powiadomiłeś. Pozdrów go ode mnie.  - Przyjemność po mojej stronie. Niedługo przyjeżdża do NY. Może się spotkacie?
An wykrzywiła usta.
- Pewnie będzie miał wiele innych spraw - postawiła nacisk na "innych".
- Ja myślę, że na ciebie zawsze będzie miał czas. - Zemściłam się za jej dzisiejsze dogadywania.
- Ależ oczywiście... - wkurzona zacisnęła usta wokół rurki od shake.

***
Jeśli masz dobrych przyjaciół, 
bez względu na to jak życie bywa do dupy, 
oni sprawiają, że się śmiejesz.

***
*White Ruspberry - wymysł autorki. Jak widzicie to jest fanfiction do kwadratu. ;D 

***

Hej, hej, hej!
Dzisiaj taki rozdzialik dość, jakby to powiedzieć, integracyjny. Znowu Annabel. Na pewno tym rozdziałem jej do Was nie przekonałam, ale już niedługo wszystko stanie się jasne!

Wiem, że rozdział krótki, ale z komentarzami pod poprzednim się nie popisaliście. :/ Przypominam moim koleżankom, że z anonima też można (trzeba) komentować.  :)) Ale i tak dziękuję za miłe komentarze pod poprzednimi postami. :) I ta piątka obserwatorów - niebo. Dziękuję pięknie! :*  

Przypominam o możliwości bycia informowanym na Twitterze o nowych rozdziałach. W zakładce o tytule "Informowani" możecie się zapisywać:
1. Podając swoje usery
2. Pisać: "chcę być informowana/informany"   
Mój Twitter: @T_Samantha_T

Do napisania :*

4 komentarze = 6 rozdział (19.08.2014, jeśli spełnicie wymóg)

4 komentarze:

  1. Super :)) Czekam na następne.

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo ciekawe ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bosko! Czekam na next :)

    OdpowiedzUsuń